Józef Ignacy Kraszewski
– Kochanie, Pukało, z żalu ci się w głowie wywraca? A toż po chrześcijańsku, a toż po ojcowsku tak sierdzić się na to biedne dziecko? Ha? myślisz, że jemu też serce nie boli opuszczać dom, kraj, rodzinę, a uchowaj Boże, by się jej co stało... dobrze by mu było nosić trupa na sumieniu? Wstydź się, stary, zmów pacierz i uspokój się, a za grzech porywczości powtórz po pacierzu siedem razy: Bądź wola Twoja... Pukało zmiękł, proboszcza w ramię pocałował, łzę otarł i mrucząc, wyszedł z plebanii. Piękna była noc wiosenna, a w krzewach ogrodowych na zabój śpiewały słowiki... w dali słychać było szum fali jeziora, jakby ruch kołyski, co dziecinę usypia; wiało zewsząd wonią młodości, kwiatami, liśćmi, trawami... a świat ten wyglądał tak cudnie, że Pukale aż się na płacz zebrało.
– I taki to mając kąt własny, trzeba im się tłuc po obcym świecie...! Z cicha wlókł się popod ogrodowym parkanem; księżyc pasami spomiędzy drzew starych smugami światło po darniach rozrzucał, a wysokie topoli wierzchy w ciemnych kędyś tonęły niebios błękitach... W krzakach ledwie się liść ruszył niekiedy, taki był spokój i cisza. Dalifur poglądał w ten ogród, wyobrażał już sobie, jak w nim obcy gospodarzyć będą, i żółć mu się burzyła. Wtem stanął. Na ławce pod kasztanami zobaczył siedzącego Konrada, który, głowę ująwszy w dłonie, żegnał się ze swoją siedzibą. Wśród ciszy wieczora Pukało dosłyszał led- wie pochwyconego jęku i żal mu się zrobiło znowu tego człowieka jak własnego dziecka. Przeszedł na palcach, szanując tę chwilę boleści, a gdy minął kasztany, rzekł sobie:
– Mea culpa!... cóż mnie staremu narzekać, kiedy on cierpi! Mnie ulżyć mu ciężaru, a nie dodawać go jeszcze... Stań się twa wola Panie... Pukało wiernym będzie do ostatka sługą... a płakać zawsze czas i potem – dodał w duchu. Gdy już do wyjazdu rozkazy były wydane, odżyła biedna Cazita; teraz wszystko jej było piękne, weselem ożywiła się twarz, błysnęły oczy, uśmiechnęły się usta, rzuciła się na szyję Konradowi.
– Corradino mio, angelo caro! tyś dobry, tyś kochany, tyś święty! – I z wielkiego wzruszenia do nóg mu padła. – O! tak! ja czuję, jam ciebie niewarta – zawołała – ja nie miałam siły tak ci wszystkiego poświęcić, jak ty mnie; jam biedne słabe dziecko! grzesznica! jam rozpieszczona jedynaczka... Ty mi przebacz! ja bym tu była umarła i to powietrze mnie dusiło, zabijało! I ojciec! ojciec! ja jednego w świecie mam ojca, a on tak mnie kochał, i on tam ginie