Józef Ignacy Kraszewski
starszyzny, dla królewiczów stołki suknem okryte. Obaj wiedzieli, iż zawołani będą jako przed sąd pod pasterską laskę. Obok o. Marcina miejsca zajęli Baldwin, nowy biskup krakowski, Francuz rodem, ciemnego włosa, oblicza więcej rycerskiego niż kapłańskiego, następca po zmarłym od roku Lambercie, Paulin kruszwicki, Dionizy poznański, Filip płocki. Za nimi zasiadali wojewodowie, starostowie i różnych imion i dostojności starszyzna, jaka na pogrzeb zjechać mogła. Wśród niej otyły Magnus wrocławski jedno z pierwszych miejsc zajmował. Zaledwie się tu zgromadzili, gdy Zbigniew, choć nie powołany jeszcze, pośpieszył pierwszy rozogniony i niecierpliwy, aby się nie dać uprzedzić. Bolko, zobaczywszy go wychodzącego, wstał także wiodąc z sobą dawnego ochmistrza Wojsława, Zdzisława Belinę, mężnego dowódcę Skarbimierza, Pawła i kilku innych mężów rycerskich a poważnych. Zbigniew zaledwie się ukazał, nie zważając na arcybiskupa i duchownych ani starszyznę, do której zagajenie sprawy należało, podniósł głos z butą wielką i hałasem, chcąc mówić za sobą. Nie podobało się to wszystkim i arcybiskup nawet niechętnie głową potrząsał. Wśród rozpoczętej właśnie gwałtownej mowy, w której się o prawa do Płocka i do skarbów ojcowskich dopominał, wszedł zwolna, z powagą rycerską, otoczony drużyną swą Bolko i zajął przeciwną stronę izby, mowy bratu nie przerywając. Zbigniew własnymi wyrazy rozogniał się coraz bardziej i głośno wykrzykiwał:
– Nie ustąpię, nie dam stąd ani prószyny, pokrzywdzić się nie dozwolę. Co na zamkach w Krakowie i Wrocławiu jest, do tego ja nie roszczę prawa, ale co mnie należy, nie dam! Wszystko to moim jest! Gdy to mówił, ślina mu z ust pryskała, język się z gniewu plątał, pięści podnosił, nogą tupał myśląc może, iż tym zastraszy brata. Bolko zachował się spokojnie. Gdy potok ten wyrazów wylał się cały, pomilczał trochę i ręką uderzył po mieczu, który zabrzęczał.
– Praw moich dowodzić nie potrzebuję - rzekł krótko - wie świat cały, że jestem